niedziela, 2 kwietnia 2017

Czy praca w szkodach znieczula? [cała prawda o mojej pracy]



Od maja 2015 roku pracuję w ubezpieczeniach, konkretnie rejestruję szkody osobowe z dokumentów. Codziennie po kilkanaście razy dziennie czytam historie ludzkich nieszczęść. Czy to znieczula? Czy nie mam już ani trochę empatii?

Jedna z koleżanek żartuje, że kamienie nie mają empatii zupełnie tak jak ja. Zmienia zdanie kiedy dostaje ode mnie notatki z całego semestru bo do szkoły jej nie po drodze :)
Szczerze powiem, że paradoksalnie mam bardziej rozwiniętą empatię od jakiegoś czasu. Bo empatia to nie litościwe spoglądanie na każdą sierotę społeczną tylko umiejętność wczucia się w sytuację, myśli i emocje drugiego człowieka. Polega na rozumieniu a nie na litości nad czyimś losem.


Rozumiem człowieka, który próbuje wyłudzić pieniądze z ubezpieczenia twierdząc, że się potknął wysiadając z samochodu i złamał rękę/nogę/nos. Kto by nie próbował? Tylko jakoś szczególnie nie będę się nad nim użalać bo wie na co się pisze ściemniając.

Rozumiem pełnomocników omamiających ludzi poszkodowanych w wypadkach widząc w nich tylko potencjalnych klientów. Oni potrafią obiecać wszystko, byle tylko zdobyć podpis na pełnomocnictwie, gdzie jak wół widnieje, że zgarnia 30 % od każdej wypłaty. Im bardziej poszkodowany tym lepiej.
Kiedyś kilka razy sprawdzałam czy nikt nie pomylił daty: młody chłopak, niecały miesiąc po wypadku, w dokumentach "pacjent aktywny w obrębie łóżka, może poruszać kończyną górną" i już go dorwali. Grunt, żeby utrzymał długopis i złożył podpis - oni z tego żyją. Wtedy współczuję potrzebującej jak najszybszego wsparcia rodzinie. Współczuje też pełnomocnikowi, że jest w stanie robić coś takiego.

Mimo wszystko lubię to czytać bo za każdą historią kryje się czyjeś życie i cały kontekst w postaci zrozpaczonej rodziny. Lubię czytać wyniki badań zwłaszcza od neurologa, psychologa i psychiatry :) Czytam też raporty sekcji zwłok czasami (nauczyłam się już przy tym jeść) i widzę, jak kruchą istotą jest człowiek. To budzi wdzięczność. Zdarza mi się zastanawiać jak teraz potoczy się życie tych ludzi. W międzyczasie równolegle zastanawiam się, jak wyglądałoby życie mojej rodziny, gdyby tata nie był na rencie powypadkowej, widział na każde oko i nie miał krótszej jednej nogi.

To nie jest tak, że zawsze na wypadku życie się kończy. Ono się po prostu diametralnie zmienia. Zazwyczaj na sam wypadek nie mamy wpływu ale na to co zrobimy potem już tak.

Mój tata miał wypadek grubo przed tym jak przyszłam na świat a mojej mamie nie przeszkadzało to, że zakochała się w mężczyźnie, który ledwo przeżył wiele miesięcy w szpitalu, łącznie ze śmiercią kliniczną.

Na maturze poznałam Mateusza, który także wybrał życie. Bez nóg ale też bez większych ograniczeń. Jest bardziej sprawny niż ja :) Jak go poznałam to nie miałam pojęcia o wypadku a kiedy mi o tym napisał (bo w oczy bał się reakcji) nie uwierzyłam. Chodzi, jeździ samochodem, ćwiczy kalistenikę, poszedł na studia. Obecnie ma żonę i córkę. Da się.

Niedawno byliśmy z Kołem na Niewidzialnej Wystawie i poznaliśmy świat osób niewidomych. Oprócz tego, że sami mogliśmy poczuć jak to jest, to dostaliśmy najlepszego przewodnika. Pan Sebastian miał ciężkie życie, ciągle pod górkę a kiedy przyszedł moment, w którym mógł zacząć żyć, wypadek motocyklowy odebrał mu na chwilę sens życia. Wiecie, po utracie wzroku chciał się zabić a nie wiedział jak. Nawet to jest wtedy trudne! Na szczęście rok później odzyskał sens w postaci syna, Franka. Szczerze mówiąc znam bardzo mało osób, które mają tak fajne życie, nawet jeśli posiadają sprawne wszystkie zmysły. Stał się naszą wielką inspiracją.

Więc to nie tak, że jestem kamieniem i nie wzrusza mnie cierpienie. Tylko to jest praca a ja nie mogę nic więcej dla nich zrobić. Mam nadzieję, że przy wsparciu bliskich, zadośćuczynieniu finansowemu oraz dobrej terapii, chociaż niektórzy z nich potraktują wypadek jako drugą szansę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw ślad :)