środa, 28 grudnia 2016

Jak się pracuje w "korpo"?



Z własnego doświadczenia mogę co nieco powiedzieć ale należy pamiętać o tym, że owo doświadczenie nie jest bogate. Jestem w tym przypadku subiektywna do bólu, zarówno w kwestii zalet oraz wad korpopracy. Opuszczę na chwilę meandry ludzkiego mózgu i zahaczę lekko o temat bliższy działce HR, ale na luzie.

Zacznę może od tego, że pracowałam w dużym towarzystwie ubezpieczeniowym a obecnie pracuję w niedużym.
 [Tak, pomiędzy tym pracowałam też pół roku w świetlicy, przez moment nawet równolegle.]
Różnice są między nimi ogromne. Szczegółów zdradzać nie mogę ale za to chętnie się podzielę spostrzeżeniami, głównie na temat podobieństw.


1. Stanowisko - umowa zlecenie. W obecnej firmie przynajmniej na rozmowie kwalifikacyjnej starano się omamić mnie wizją umowy o pracę - w poprzedniej nikt mi nie obiecywał gruszek na wierzbie. Zakres obowiązków wygląda praktycznie tak samo - przynajmniej na papierze. W rzeczywistości kiedyś więcej zależało ode mnie i mogłam usprawniać pracę swoją oraz ludzi, którym pomagałam. Wiązało się to też z odrobiną pracy fizycznej, której mi teraz brakuje (nawet noszenia ciężkich kartonów po 4 piętra) ale to był mój wybór. W nowym miejscu nic nie zależy ode mnie - muszę przestrzegać procedur i tyle (szkoda, że nikt nie miał jeszcze czasu mnie z nimi zapoznać...).


2. Procedury - ujednolicone przez ustawę a mimo wszystko każda z firm ma swoją politykę biznesu. Może być sztywno, może być innowacyjnie a może być też nijak. Myślenie systemowe i tzw. lean management na początku wydają się śmieszne, zbędne i niepotrzebne. Wygląda trochę jak gra czy zabawa ale tak na prawdę ma w sobie ogromny potencjał. W taki sposób można się rozwijać, wiadomo dokąd dążyć. Jeżeli pracownicy rozkminią o co chodzi i wkręcą się w temat to zaczyna robić się całkiem fajnie. Gorzej, jeżeli nie ma w firmie żadnego konkretnego systemu zarządzania bo to jest droga w dół. Nawet jasno określona hierarchia nie jest w stanie wyznaczyć pracownikom kursu. Wiedzą tylko kogo mają się słuchać ale już nie wiedzą jaki to wszystko ma cel. Co więcej - pracownicy nie czują się cegiełkami budującymi imperium, czyli - 100 do motywacji.

3. IT - w każdej dużej firmie jest spejalny oddział ludzi skazanych na gorącą linię. To firmowe pogotowie. Dzwoni się tam w każdej sprawie. Od instalacji podstawowych programów do pracy, po filtrowanie w Excelu  (serio niewiele osób w korpo to potrafi, zwłaszcza starszych...). Wszyscy też wiedzą, że oddział ratunkowy najczęściej improwizuje bo nie ma bladego pojęcia o co chodzi dzwoniącemu, gdyż mało kto potrafi w jasny sposób opisać swój problem.

4. Luźne godziny pracy (i nadgodziny). To jest moim zdaniem największa zaleta pracy w jakiejkolwiek firmie tego typu. Jeżeli mój system pracy nie jest zmianowy to zazwyczaj oznacza, że mogę być w gotowości zarówno o 6. rano jak i po 10. Chyba, że coś się pali, w sensie zaplanowane jest jakieś spotkanie o 9:00 albo mam ostatni termin na wysłanie czegoś do południa. Bardzo często jest tak, że ludzie się nie wyrabiają z robotą i robią nadgodziny. Przychodzą w soboty i mniej ważne święta. Jest ok, jeżeli z własnej woli bo chcą coś zrobić lepiej, wolniej, dokładniej albo mogą w ten sposób dorobić. Gorzej, jeżeli mają dwa razy więcej zadań niż są w stanie wykonać a do wszystkich obowiązuje ich termin...i nikt im za to nie zapłaci. Premii też nie będzie bo się nie wyrobili. No coś mi tu nie gra :/

5. Spotkania w celu, żeby się spotkać. Wszędzie są spotkania zespołów raz na jakiś czas. Mówi się wtedy o dupie Maryny, wnosi postulaty, które przełożeni notują a potem o nich zapominają. Odhaczone. Trwają od pół godziny do dwóch. Jest to stracony czas, w którym pracownicy tylko myślą ile zadań mogliby wtedy wykonać zamiast tępo gapić się w przełożonych. No chyba, że coś one wnoszą i coś zaczyna się dziać. Grunt, żeby od razu ustalić plan działania i osoby odpowiedzialne za projekt. Inaczej wchodzi zasada, że jak wszyscy są odpowiedzialni to znaczy, że nikt nie jest i wychodzi klapa.

6. Maile - setki maili dziennie. Czasami po kilka skrzynek, w które trzeba zajrzeć. Kiedyś obsługiwałam pięć, potem trzy. Na szczęście większość wiadomości można ignorować :) Aczkolwiek trzeba wiedzieć co można ignorować a niektórzy nie wiedzą. Dziś na przykład dostałam zjebkę za to, że tydzień temu wysłałam maila babce siedzącej obok (według procedury) a ona go przeoczyła... Tak, ja dostałam zjebkę od niej za to, że ona przeoczyła maila o_O.

7. Imprezy firmowe i świętowanie wszystkiego. Małe i duże. Z każdej okazji właściwie pracownicy coś dostają. Ileśtam klientów wykupiło produkt? Jupi, rozdajmy wszystkim ołówki... Zmieniamy logo - dajmy wszystkim muffinki. Raz w roku jest też duża impreza poza firmą dla wszystkich. Raz byłam bo kimat mi szczególnie pasował. Piękne kreacje i rekwizyty, świetna muzyka, znalazłam nawet brownie schowane w ciemnym kącie... Najgorszy jednak był open bar :)

8. Kawa! Czyli najważniejszy element pracy. Bez niej się nie da. Są też tacy, którzy piją yerba mate bo to modne. Można też przynieść jakiś lansiarski kubek i trzymać na biurku jak trofeum. Ja nie wyobrażam sobie pracy bez choćby zapachu kawy. Kiedyś był to pretekst, żeby się przejść i rozprostować kości kilka razy dziennie (no dobra kilkanaście się zdarzało ale nie zawsze wtedy piłam kawę). Teraz jest to jedyne pocieszenie i drugi argument za odejściem od biurka (pierwszy to siku). No ale w obecnym miejscu mam kawę za darmo xD i herbatę, i wodę... [kiedyś nie miałam wody pod koniec, kupowaliśmy sobie zgrzewkami z frisco :P]

9. Krół Excel jako podstawowe narzędzie pracy. Kiedyś, jak byłam młoda i głupia i w ogóle nie planowałam pracy w korpo, z ciekawości przeglądałam ich ogłoszenia. Zawsze mnie wtedy dziwiło po co oni wszyscy wymagają obsługi tego diabelskiego pomiotu. Teraz już wiem - kiedyś nie wymagali i starzy pracownicy za nic w świecie nie chcą się nauczyć podstawowych rzeczy, które de facto mogłyby ułatwić im pracę. Na przykład wspomniane wyżej filtrowanie... Kiedy dostaję tabelkę z zadaniami dla całego zespołu i chcę się zająć tylko swoimi sprawami to jasne, że użyję filtra, żeby odsiać TYLKO SWOJE zamiast ślepiać się i szukać swojego nazwiska w tysiącu krateczek :/
Albo kiedy mają coś policzyć, zamiast zaznaczyć i pociągnąć w dół liczą palcem po ekranie. Kiedy mają zsumować wklepują wszystko pojedynczo do kalkulatora o_O

10. Wszyscy narzekają na pracę. Wszędzie, w każdej takiej firmie każdy przeklina swoje obowiązki ale mimo wszystko codziennie stawia się o tej samej porze i jak automat działa przez 8 godzin. Ja na przykład kilka razy w tygodniu myślę o tym, żeby tam nie iść. Dla odmiany pracując w świetlicy miałam tylko jeden taki dzień kiedy nie chciało mi się iść do pracy, po pogrzebie wujka, czyli nie miało to absolutnie nic wspólnego z obowiązkami.

Coś pominęłąm? Korpo to temat rzeka i bardzo chętnie jednak zapoznam się bliżej z myśleniem systemowym rodem z Toyoty bo nie będę ukrywać, że trochę za tym tęsknię. Widzę jaki ma potencjał zwłaszcza kiedy mam się do czego odnieść.

* Jeżeli ktokolwiek zastanawia się czemu odeszłam po pół roku ze świetlicy by wrócić do korpo to odpowiedź jest prosta - HAJS MUSI SIĘ ZGADZAĆ... :/ 
Nie muszę kochać swojej pracy bo na szczęście mam też hobby, niestety kosztowne. Na szybko znalazłam tylko taki sposób, żeby zjeść ciastko i mieć ciastko. Myślę, że kiedy w końcu uda mi się dostać gdzieś do HR to będę myśleć zupełnie inaczej :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw ślad :)