środa, 3 sierpnia 2016

Kraków po ŚDM - pojechałam, wróciłam i żyję :D



Co robi Aneta kiedy chce odpocząć od ludzi? Ucieka na dwa dni do Krakowa zalanego falą turystów pozostałych po Światowych Dniach Młodzieży :) Opanowali Dworzec Główny, Wawel i całe Stare Miasto a ja czułam się niewidzialna nawet ze swoim jebitnie różowym plecakiem :D



Kiedy oddalałam się od tego centrum zgiełku było coraz ciszej i nadal pięknie. Zwłaszcza o godzinie 8:00 rano :)
Pierwsze co zrobiłam po tym jak cudem wydostałam się z Dworca było "zwiedzanie" targowiska Stary Kleparz bo naczytałam się, że atmosfera jest tam swojska a ludzie bardzo mili. To prawda ale zauważyłam również, że w całym mieście obsługa jest cudowna. Wszędzie gdzie weszłam ludzie byli naprawdę mili, radośni i serdeczni. Okolice targowiska są bardzo ładne i nie tak zatłoczone jak Rynek. Polecam również zobaczyć budynek Politechniki Krakowskiej bo też jest ładny.

W momencie przekroczenia Bramy Floriańskiej poczułam się jakbym weszła do ula. Gwar niesamowity ale każdy miał w sobie pozytywną energię, więc na krótką metę to jednak fajne doświadczenie. Biorąc pod uwagę to, że chciałam uciec od ludzi...

Nocowałam w hostelu Good Bye Lenin - Revolution w... ośmioosobowym pokoju :D Jeżeli mam być szczera to bałam się dotknąć czegokolwiek w łazience. Brudno jak cholera, nie było wieszaków na ręcznik a papier był szary :/ Obsługa bardzo miła, kilka osób jakie tam spotkałam również (a kilka nie, dwie na oko Brytyjki zblazowane i obrażone na życie). Za noc zapłaciłam 32 zł z wliczonym śniadaniem, którego nie doczekałam bo chciałam stamtąd jak najszybciej wyjść. Nie wyspałam się ale tego można było się spodziewać biorąc ośmioosobowy pokój. Łóżka piętrowe to nie jest dobry pomysł bo jak w nocy ktoś się gramolił nade mną to wszystko się trzęsło i skrzypiało. Do tego jedna z tych zblazowanych dziewczyn miała katar i pociągała nosem cały czas - to było irytujące. Chusteczek nie używała bo nawet ja miałam problem, żeby znaleźć je w jakimś sklepie, gdyż trzymane są pod ladą :D

Na Wawelu byłam w poniedziałek po południu i lawirowałam między pielgrzymkami, koszmar. We wtorek poszłam jeszcze raz, tuż po godzinie 8 rano. Pusto, luźno i widać wszystko :)




Do Sukiennic weszłam zaraz po otwarciu a zapłaciłam 1 zł w ramach biletu studenckiego. W ramach swojego postanowienia sprzed trzech lat miałam się ukulturalnić obcując ze sztuką, na której się nie znam. Przez ten czas zdążyłam już się dowiedzieć, że sztuka nowoczesna nadal do mnie nie przemawia natomiast obrazy Jana Matejki owszem. W Sukiennicach wisi ich kilka w tym też te ogromne - "Hołd pruski" i cudowny "Kościuszko pod Racławicami". Mogę się na nie gapić i gapić i podziwiać. Są cudowne tak jak "Konstytucja 3 maja", która wisi w Zamku Królewskim w Warszawie. Widziałam też obraz "Smierć Wandy", który mnie jakoś tak poruszył, aż nie mogłam oderwać wzroku. Zaczęłam się wiec zastanawiać, która z legend jest najbliższa prawdzie i co właściwie się z nią stało. Bo oczywiście wierzę w jej istnienie na podstawie usypanego kopca :D

W kwestii wchodzenia na kopce krakowskie mam zamiar to uczynić jak tylko pozbędę się lęku wysokości. Nie wiem kiedy się zaczął ale wziął się znikąd i chyba czas najwyższy aby wrócił tam skąd przyszedł. Bardzo bym chciała wejść na Kopiec Kościuszki i Kopiec Kraka ale niestety jeszcze nie dałam rady. Kiedyś to zrobię ;)

Zamiast tego pochodziłam po starej dzielnicy żydowskiej Kazimierz i zjadłam najlepsze na świecie lody. Tak te lody na ul. Starowiślnej osławione w internetach. Oprócz tego siedziałam z książką na Plantach ciesząc oczy zielenią. Była też chwila przy fontannie - oczywiście z książką, kiedy podszedł do mnie jakiś zdesperowany chłopak (chyba Eryk jak dobrze usłyszałam). Nie mam pojęcia czemu przyciągam takich ludzi ale tak już mam. Chciałam czytać książkę w samotności, więc zrozumiał aluzję i się oddalił.



Po powrocie do Warszawy byłam lekko zdziwiona bo wszyscy mówili po polsku :D Tak, w Krakowie mało kto mówił po polsku. W hostelu tylko obsługa (chociaż nie wiem czy się liczy jak co drugie słowo było jednak po angielsku), na mieście starsi ludzie na targu i w sklepach "osiedlowych". Najczęściej dało się słyszeć głosy po włosku i hiszpańsku. W związku z tym, kiedy na ulicy jakiś pijaczyna zaczepiał mnie z uprzejmą prośbą o kupienie wódki wystarczyło "Sorry, I don't understand" :)

Jeśli chodzi o podróż Polskim Busem to w tamtą stronę była masakra... za mną siedziały BABY. Jedna starsza kobieta, Polka mieszkająca we Włoszech z jakąś tamtejszą koleżanką i ze swoją polską siostrzenicą. Rozmawiały dużo i głośno, po polsku i po włosku, obgadały całą rodzinę i lekarzy. Ta Polko-Włoszka była najgorsza, chodziła po całym autobusie przy czym dwa razy wyrwała mi włosy wstając i raz uderzyła w twarz rękawem jak zakładała coś na siebie. Nie przeprosiła. Do tego powiesiła torbę na moim oparciu tak, że jak oparłam głowę to było bardzo niewygodnie i kiedy poprosiłam ją o zdjęcie torby udawała, że nie słyszy a po piątym razie jej siostrzenica ją szturchnęła i w końcu zdjęła. W momencie kiedy idąc do autobusu powrotnego zobaczyłam, że one też wracają prawie dostałam zawału :D

Podsumowując - odpoczęłam ale dziś nie pogardzę nawet paplaniną mojej współlokatorki Magdy, która "wie" wszystko i na każdy temat :D
Mam nadzieję, że podróż samolotem do Dortmundu w Sobotę będzie mniej "ciekawa".




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw ślad :)